
Jedziemy do Czech
24-29.07.2024
Nic tak nie motywuje człowieka do działania jak drugi człowiek, samemu jest bowiem trudno wyrwać się z wygodnego fotela i zamienić go na wibrujące siodło Indiana. Tym razem presja była duża, koledzy jeden po drugim pytali ” jedziesz na zlot od Czech”. Wpadłem w ten sam rytm i zacząłem robić to samo, czyli motywować sprawdzonych towarzyszy podróży do wspólnej kilkudniowej wyprawy do Czech na International Indian Rally 2024 w miejscowości Most, tuż przy granicy z Niemcami. Plan był prosty jedziemy w środę włóczymy się po Czechach i południu Polski , weekend na zlocie i w niedzielę powrót. Ekipa była zacna Krzysztof na Roadmasterze , Janek na VL z 1930 roku, Jacek na Chiefie z 1936 i Darek na VL z 1932 roku no i ja.
Wtorek po południu to oczywiście nerwowe pakowanie, kilkukrotne sprawdzanie czy wszystko wziąłem, czy sprawdziłem oleje, czy części zabrałem, czy mam dokumenty, pieniądze i tak w kółko. Ten moment wypraw należy do najgorszych, później już jest tylko lepiej.
W środę rano wyruszyłem w kierunku Włoszczowej, po drodze w Końskich dołączając do Darka i Krzysztofa, którzy już na mnie czekali. Godzina jazdy i byliśmy u Janka, chwila przerwy na pyszne ciasto i kawkę i startujemy dalej w kierunku Częstochowy gdzie czeka na nas Jacek. Niestety po drodze też czekały na nas potężne chmury deszczowe, dwukrotnie woda lała mi się po plecach i modliłem się tylko aby aparat zapłonowy nie złapał wody. Stretch folia i taśma izolacyjna pomogły. Pędzimy w kierunku Kłodzka, tam będziemy szukać noclegu. Harleye odmawiają posłuszeństwa, tak jak by się zmówiły, pierwszy staje Janka VL z powodu kondensatora, Darka z kolei traci cewkę kilkadziesiąt kilometrów dalej. Dla doświadczonych weteranowców to żaden problem, chwila przerwy, wymiana części i jedziemy dalej.
Jest już prawie wieczór gdy dołączają do nas Mirek z Maćkiem jadący busem , znajdujemy nocleg w pięknie położonym pensjonacie w okolicach Lądka Zdrój.



Pierwszy dzień wyprawy kończymy w barze planując kolejny dzień.
Mamy dwie opcje , gonić na zlot lub jeden dzień dłużej poszwendać się po Kotlinie Kłodzkiej i i wieczorem zanocować w Czechach. Krzysztof postanawia gonić na zlot , aby ustawić stoisko handlowe na zlocie , a my we czterech ruszamy w bliżej nieznanym celu. Odwiedzamy kolejne miasta i miasteczka, dzień się kończy a my wciąż mamy taki sam dystans do przejechania na zlot jaki był rano. Decyzja jest ostateczna jedziemy do Czech szukać noclegu. Pedząc do granicy czeskiej wpadamy na rynek, który zachwyca olbrzymią katedra. To Wambierzyce – Jerozolima dolnośląska, Sanktuarium Maryjne z imponującymi budynkami katedry i Drogi Krzyżowej, zwiedzamy zachwycając się rozmachem i urokiem tego miejsca.

Kolejny odcinek to Droga Stu Zakrętów , niesamowite 23 km pełnego emocji przejazdu pośród pięknej przyrody i niezliczonej ilości podjazdów, zakrętów i zjazdów. Docieramy do Kudowy Zdrój, późny obiad i ruszamy do Czech kierunek Jiczin rodzinne miast Rumcajsa z Rzaholeckiego lasu.

Nocleg po krótkich poszukiwaniach znajdujemy w małej miejscowości Zelznice pod Jiczynem, gdzie w urokliwym hoteliku popijamy wyśmienite piwko i czekamy na kolegów jadących ze Śląska, aby ostatni odcinek trasy pokonać już wspólnie. Wkrótce dołącza do nas 6 kolegów na pięciu Chiefach i Scoucie.




W piątek podróż rozpoczynamy od wizyty na rynku w Jiczynie szukając Rumcajsa, po godzinie bezowocnego oczekiwania stwierdzamy, że mamy swojego lepszego i odjeżdżamy zawiedzeni.



Poruszając się dziesięcioosobową grupą ze Scoutem na froncie i średnią prędkością 60 km/h mam czas na pochłanianie widoków, poznanie tej części Czech. Drogi są wyśmienite, ruch umiarkowany, ludzie bardzo pozytywnie nastawieni do motocyklistów, często nas pozdrawiją i nierzadko mijamy grupy motocyklowe, a czasami przemknie nawet stara Jawa. Uśpione wioski i miasteczka wywołują wrażenie jakby życie toczyło się tutaj wolniej, a może to efekt naszej prędkości.

Zbliżamy się do Mostu po, drodze jeszcze odwiedzamy Piekielne Doły -kultowe miejsce czeskich motocyklistów ulokowane w byłej kopalni piasku. Oczywiście wjeżdżamy do środka wywołując zamieszanie, ale wokół sami motocykliści więc nikogo to nie dziwi. Pamiątkowe zdjęcia, kawa i wracamy na trasę. Na zlot wjeżdżamy już grubo po południu.



Opowieść o zlocie Indian International Rally 2024 to zupełnie inna historia, każdy z uczestników zapewne ma swoją, ja tak to widziałem.
tutaj relacja ze zlotu (kliknij) w przygotowaniu
Plan na powrót był prosty , jedziemy razem w składzie w którym rozpoczęliśmy podróż, niedziela to wymarzony dzień na długie przejazdy, mały ruch tirów, ładna pogoda mamy więc szansę pokonać większość trasy. Koledzy z grupy śląskiej wyruszyli wcześnie rano, my godzinę później. Wkrótce okazało się, że jedziemy tymi samymi drogami, spotkaliśmy się bowiem ponownie w Jiczynie.



Będąc już w Polsce postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia na nocleg do Brodziakówki , Janek i Jacek zdecydowali wracać do siebie, więc do Ryszarda wyruszyliśmy we trzech. Jakże wielkie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że będąc w Brzezinie koło Brzegu jesteśmy kilkadziesiąt km od Brodziakówki. Tak, Brzeziny są dwie koło dwóch Brzegów wokół Wrocławia, a my wybraliśmy ten drugi, jak pech to pech. Dodatkowe 50 km wokół Wrocławia do zrobienia.
Poniedziałek to już spokojny powrót do domu. Przejechałem 1800 km jedyna awaria jaka mnie spotkała na trasie to uderzenie kamienia w kopułkę aparatu zapłonowego, co spowodowało wybicie w niej dziury i uszkodzenie palca rozdzielacza. Wymiana trwała chwilkę i mogłem jechać dalej. Kolejny raz sprawdziły się nasze maszyny i sprawdziło się nasze towarzystwo, z którym zapewne mógłbym objechać świat gdybyśmy tylko tak postanowili.
Ryszard Borucki
